Robert Bijas
Fotografia przyrodnicza
O głuszcu
wtorek, 24 marca 2020

Głuszec

Na głuszca nigdy się nie zasadzałem, nie tropiłem. Nie nękałem swoją osobą. A musicie wiedzieć że głuszec jest pod ścisłą ochroną gatunkową. Ale jak to się po lesie się człowiek szwenda to zawsze na coś wlezie. Tak było i tym razem. Kolega podpowiedział mi żebym zboczył z trasy nieco to mogę natknąć się na głuszca. Niespieszno mi było, więc odwlekałem tą podróż. Los jednak nieco popchnął mnie ku głuszcom.

Jechałem kiedyś wczesnym rankiem do lasu, na moją ukochaną łączkę gdy nad samochodem przeleciała głuszka. Głuszka, znaczy samica głuszca. Kura. Ciśnienie walnęło mi takie że zatrzymałem auto, i wysiadłem. Dla mnie to było ogromne przeżycie. Tyle co ja się naoglądałem doskonałych zdjęć głuszców i opowiadań o nich, to teraz przed oczyma przewijały mi się zdjęcia głuszców jak w kalejdoskopie. Nie uwierzycie ja nawet słyszałem jak tokują, słyszałem chrzęst łamanych gałązek. Uspokoiłem się, obrazy i dźwięki znikły, pozostał zapach sosnowego lasu i śpiew ptaków. W końcu to początek kwietnia był. Powietrze rześkie i pachnące ale wiaterek jeszcze nieco chłodny był.

Kolejnego ranka, dobrze, do ranka to było jeszcze z półtorej godziny wyruszyłem do lasu. Był to czas kiedy droga leśna była pełna dołów i dziur. Kolebiąc się niezdarnie do przodu zbliżałem się do raju niemalże utraconego. Do lasu gdzie smukłe jodły i świerki, gdzie potężne sosny i podmokły teren dawały schronie wszelkiemu zwierzowi. Był to dom głuszca. Silnik benzynowy ma to do siebie że jest cichy. Szyby opuszczone, nasłuchuje odgłosów przyrody. Niewiele jeszcze mogę coś dojrzeć, ale teren bacznie lustruję. Aparat leży i czeka w pogotowiu.

Jest, jest na poboczu piaszczystej drogi, zlewa mi się ptaszysko ze ścianą lasu. Głuszec, samiec. Duma pewnie go rozpierała bo chodził z lekko uniesioną głową, a ze chłodno było to mu z dzioba para buchała. No niestety nawet odrobiny światła się nie doczekałem. Ale jest, chwytam aparat i zmieniam w pośpiechu parametry bo ciemno nadal jest. Tak wiem, ze zdjęcie będzie ciemne i poruszone. Ale przynajmniej jakaś pamiątka będzie. Bo wiem że ze swoim zdrowiem to na zasiadkę nie mogę liczyć. A on? Idzie, oddala się z wolna. Wysiadłem z samochodu zrobiłem parę kroków klęknąłem i pstryknąłem kilka zdjęć. Jakiż on jest piękny i kolorowy. Istny cud natury. Zszedł na bok z drogi i zlał się całkowicie z lasem, Nie spieszył się, odchodził rozglądając się zapewne za głuszką.

Pojechałem dalej, budził się dzień unosząc mgły z wgłębień pełnych wody. Auto zostawiłem na poboczu i sobie szedłem chłonąc przyrodę wszystkimi zmysłami. Było pięknie, las pachniał żywicą i korą sosnową. Na drodze widziałem wiele tropów saren, jeleni, i wilków. To był wtedy prawdziwy dziki las, tajemniczy i magiczny, tylko ubita droga gdzieś w oddali świadczyła że tu ręka ludzka już działała. Niestety niebawem to się zmieni. Chodząc tak natknąłem się na dołem z suchutkim piachem a w nim kilka balasków i tropy. Po oznaczeniu okazało się ze to głuszca robota. Las był widny, z dużym bagniskiem i połamanymi suszkami sosenek i brzózek. Idealne miejsce na toki tych królewskich ptaków. Już widziałem oczyma wyobraźni te toki, te niesamowite dźwięki o wschodzie słońca i te gonitwy. To wszystko już mi się układało w całość i pełen obraz. Obraz cudów natury. Przyjeżdżałem tu wiele razy, by poznać las o różnych porach roku, i dnia. Wiele razy jeszcze widziałem głuszce z daleka. Cieszyłem się jak małe dziecko widząc te cudowne ptaki.

Gdy już miałem określone miejsce by posiedzieć, postanowiłem nazbierać nieco gałęzi by się pod nimi ukryć.

Jechałem pełen nadziei, no bo co się może zdarzyć. Był program ochrony głuszca, stała tabliczka, ostoja zwierzyny. Pierwsze co zauważyłem, to że droga jest ubita tłuczniem. Ocho! Gdy dojechałem na miejsce nie stwierdziłem lasu „moich” głuszców. Nie było ich tez dalej. Ale się nie poddawałem. Jeździłem i szukałem. Kolejny wyjazd i kolejne rozczarowanie, brak kolejnego kawałka lasu. A tabliczka stoi nadal.