Robert Bijas
Fotografia przyrodnicza
O wiewiórce
poniedziałek, 30 marca 2020

Wiewiórka

Z tym zwierzakiem spotykamy się już jako dzieci. Jest to pierwszy dziki zwierz w naszym życiu. Tak też było i w tym przypadku.

Stary dom, stary pochylający się ze starości dom i wielki kasztanowiec, przez nas nazywany kasztanem. Olbrzym ten rósł tuż naprzeciwko mojego okna. To było naprawdę bardzo dawno temu. Przed domem po lewej stronie rosła grusza stara jak ten dom zapewne bo już nie obdarowywała mieszkańców słodkimi owocami. Za domem zaś rosła piękna roztoczańska sosna. Też już swoje lata miała, pochylała się już coraz bardziej. Las był tuż za płotem. Niektórzy pewnie jeszcze pamiętają te czasy i zapach pączków unoszący się dokoła domu, lub cebularzy. Tak było.

Babcia co rano, przed śniadaniem przygotowywała jedzenie też dla wiewiórki. Były to orzechy, jakiś słonecznik. Woła mnie wtedy babcia i wychodziliśmy na próg ganku. Po prawej stronie ganku, pod oknem był szeroki parapet. Wspomniany wcześniej kasztanowiec miał rozłożystą koronę której gałęzie dotykały ganku. Babcia zaczęła miseczka poruszać, ziarna zaczęły robić hałas. Mówiła wtedy do mnie słuchaj uważnie, może już idzie. Cisza, babcia Florentyna zaczęła nawoływać. Oczywiście wiewiórka nie miała, nie mogła mieć inaczej na imię jak Basia. Po chwili wiewiórka schodziła po gałęzi na ganek potem na parapet. Siadała i łapkami wybierała co ciekawsze kawałeczki orzechów. Tak, orzechy to lubiła najbardziej. W karmniku obok też było gwarno. Cóż tam nie latało. Kawki te ptaki już wtedy mnie zachwycały, były ciekawskie, sprytne i lubiły się bawić. Któregoś roku wiewiórka nie przyszła. Dzień po dniu mijał a Basi nie było. Pojawiła się nowa wiewiórka, ale już nie była taka przyjacielska. Trzymała duży dystans. Nigdy w połowie się tak nie oswoiła jak Basia. Zacząłem chodzić do szkoły i czytać książki. Dość wcześnie przeczytałem „Dywizjon 303”. Więc zacząłem budować Spitfire z kłody drewna

i deski. Zawsze ciągnęło mnie do lasu. Pozwolono mi wejść do lasu, teraz jest tu stadion. Było to urocze miejsce. Lubiłem tu przebywać. I znowu spotkałem wiewiórki, było ich wiele. Siedziałem jak urzeczony na pniaku, przyglądałem się ich igraszkom. Byłem w niebie, a one u siebie. Ganiały się po ściółce, po drzewach. Biegały wkoło drzewa po pniu. Wspinały się wysoko na sosny po szyszkę. Podgryzały nieco i rzucały, raczej celowały. Gdy ma się las i ciąg do niego to dzieciństwo jest wspaniałe. Tak minęło mi dzieciństwo i część dorosłego życia.

Był już schyłek zimy jak wybrałem się nad Staw Kościelny w Zwierzyńcu, tu zawsze coś ciekawego latało i biegało. Podchodzę pod górkę tj. wyjście z parku koło pomnika szarańczy. Jest przyjemnie, słońce mocno przygrzewa w plecy ale mrozik jeszcze trzyma w swym uścisku resztkę śniegu. Widzę jak w górę wylatują kawałeczki śniegu i zbutwiałe liście. Kucam obok drzewa i wyjmuję aparat. Cichutko się zbliżam do szczytu. Już widzę co się dzieje. Rozglądam się dokoła mnie. Dobrze nie ma ludzi. A więc nie będzie świadków mojego zachowania. Pełznę po rozmarzającym z wolna śniegu. Bacznie obserwuję to co się dzieje przede mną, jak
i wokoło mnie. Przykładam wizjer do oka. Ręce nieco drżą, wyrównanie oddechu
i jeszcze raz przymiarka. Jeszcze troszkę podpełznę i będzie dobrze. W końcu robię zdjęcie, jedno potem drugie. Tak to wiewiórka. Brzuch i łokcie mam mokre, spodnie także. Ciepło jest. Wiewiórka kopie nadal, wyrzucając w powietrze ogromne ilości śniegu i liści, a także różne patyczki. Robi to w wielkiej furii. W końcu jest! Orzeszek, znalazła orzeszek. Prawdopodobnie zakopała go na jesieni. Rozejrzała się szybko. Odłożyła zdobycz, rozejrzała się. Ułożyła łapki w geście „do mnie mówisz?”Wzięła znowu orzeszek i oczyściła go z ziemi, uniosła głowę do góry i jednym susem znalazła się na gałęzi. Siadła wygodnie i zaczęła oglądać i wycierać orzecha. Wstałem, lekko ociekając wodą i błotem zobaczyłem jak za mną stoją turyści. Stali kompletnie nieruchomo. Ja kontynuowałem fotografowanie wiewiórki która już była spokojniejsza bo będąc na drzewie była niemal niezwyciężona, niepokonana. Gdy skończyłem turyści grupowo odetchnęli, ja także. W wiewiórka po patrzyła na mnie i widać było na pyszczku że nieźle się bawiła patrząc na człowieka w błocie.