Robert Bijas
Fotografia przyrodnicza
O karliku malutkim
czwartek, 9 kwietnia 2020

Karlik malutki

Wiele lat temu, gdy zaczynałem przygodę z nietoperzami w Puławach nie wiedziałem że mnie talk zafascynują. Skorzystałem pewnego razu z możliwości uczestniczenia w monitoringu nietoperzy w Roztoczańskim Parku Narodowym. To było dziesięć wspaniałych nocy. Zrobiłem trochę zdjęć dokumentacyjnych. W tym właśnie momencie, w tym czasie powstała chęć fotografowania tych nocnych łowców w locie.

Rzecz bardzo trudna przy fotografowaniu ptaków, a cóż dopiero nietoperzy w nocy. Lampa błyskowa nie załatwi wszystkiego jak się domyślacie. Trzeba jeszcze te nietoperze znaleźć, gdzie żerują, skąd wylatują. Powiedziano mi że rzuciłem się z motyką na słońce. Mieli rację. Jest gatunek nietoperzy który wzięliśmy z kolegą na tapetę, nie były to karliki. To były Nocki Rude. O nich opowiem następnym razem. To one wymusiły na nas by zacząć myśleć jak to zrobić by z automatu migawkę wyzwolić. Obok stanowiska gdzie staraliśmy się coś poradzić by zdjęcia nocka rudego wyszły tuż obok była kolonia bohatera dzisiejszego opowiadania.

Miejsce niezwykle urokliwe pod względem przyrodniczym jak i historycznym. Rok później dochodzi do tragedii. Przyjechaliśmy na zdjęcia nad strumień, sprzęt rozstawiony. Czekamy, czekamy i pusto. Czekaliśmy wiele godzin. Nie przyleciały. Nie przyleciały anie tego roku, ani następnego. Tak właśnie się dzieje gdy urząd odpowiada na postulaty mieszkańców i turystów. Walka z komarami, meszkami i chrabąszczem przyniosła zagładę. Do tej zagłady dochodzi również nieumiejętny remont budynku. Zamurowujemy otwory szczeliny by było pięknie. Eliminujemy naturalnych sprzymierzeńców. W takich okolicznościach skierowaliśmy obiektywy naszych aparatów na karliki malutkie.

Nietoperz ten jest gatunkiem szczelinowym, to znaczy że żyje i rozmnaża się w szczelinach na ogół w obiektach zabytkowych drewnianych. Tak było i tym razem. Staliśmy i patrzyli jak te maleństwa wylatują ze szpary między deskami elewacji. Jakże zwrotne są te stworki, niebywałe. Widzieliśmy jakie ewolucje potrafią wyczyniać w powietrzu podczas żerowania. Karliki żerują na muchy owocówki, wiadomo że każdy chce żyć i nikt nie rodzi się ofiarą. Prawda? Wyobraźcie sobie jak nietoperz leci z prędkością bliska czterdziestu kilometrów na godzinę, otwiera pyszczek by capnąć tą muszkę. I, nagle muszka wykonuje zwrot nagły i ciasny. Opis tego trwa dłużej niż sama akcja. Co robi karlik? Składa skrzydło i równie ciasno skręca i łapie muchę. U części fotografów występuje zjawisko pełnego zachwytu (pewnie tylko u amatorów, do jakich się zaliczam). Staliśmy zauroczeni. Ach, gdybyż tak można było zrobić im zdjęcia. Sprzęt taki jest, ale trzeba mieć duuużo pieniędzy. Wiele prób i tyleż porażek. Cieszyliśmy się z Piotrem jak czasem coś nam się udało złapać w kadrze. Ostrość przyjdzie i taki czas kiedy nietoperze będą w miarę ostre. Ten czas jeszcze nie nadszedł, ale jest już blisko. Miałem takie urządzonko do wyzwalania migawki, niestety nie zdało egzaminu. Koszty zaczęły rosnąć. Spaliła się jedna lampa, akumulatorki czy baterie nie wytrzymywały zbyt długo ze względu na wszechobecną wilgoć.

Fotokomórka, to było nikłe światełko w tunelu niewiedzy elektronicznej. Czytałem
i szukałem. Uparty jestem. Odkryłem Arduino. No i zaczęło się kombinowanie
i konstruowanie. Czujnik PIR to było dla mnie odkrycie „epokowe”. Zrobiłem pierwsze zdjęcia na których już coś było widać i oczy były okrągłe. Było też widać szczegóły budowy karlika. Na kilku nawet można było rozpoznać płeć nietoperka. Jakże ja byłem wtedy szczęśliwy.

Czy wiecie jak lata karlik malutki? Lata jak motyl to tu to tam. Dlatego tak trudno zrobić mu zdjęcie. Można oczywiście za pomocą folii stworzyć „bramę” przez

którą by wlatywały. Etyka, i normalna uczciwość nie pozwalają mi na zakłócanie życia nietoperzy w momencie gdy one muszą urodzić i wykarmić młode. Po prostu takich rzeczy się nie robi. Dzięki obserwacji udało nam się zobaczyć że one też maja swoje ulubione ścieżki wylotu i powrotu, także czas między wylotem a powrotem został zmierzony dla grupy nietoperzy. Już coś wiedzieliśmy. A ja, lutowałem. Powstało nowe urządzenie.

Statyw, na nim belka poprzeczna, dwa aparaty. Na innych statywach lampy błyskowe o bardzo krótkim błysku. Na następnym statywie urządzenie wyzwalające migawki w aparatach. I 3 litry przeciwwagi. Do obsługi urządzenia już nie baterie czy akumulatorki ale akumulator żelowy 12 V. Czy zadziała? Czy wszystko dobrze polutowałem, etc, itp. Pytań bez liku. Kable też musiałem robić sam. Wtyki były 2,5 mm a wszystkie dostępne 3,5 mm. Działa i ma się dobrze.

Tak jak wspomniałem wiele godzin je obserwowaliśmy z zachwytem
i uwielbieniem dla ich kunsztu lotniczego. A wewnątrz? Między ścianami, co się działo? Gdy już pojawiły się młode nietoperzątka, w społeczności nastał niebywały rwetes. Wyloty na polowanie były grupowe, w szczelinie wylotowej robiło się ciasno, i gwarno. Normalnie gdy się ze sobą komunikują to ich nie słyszymy, ale gdy tylko zaczynają karmić to słychać popiskiwanie przez deski elewacji. Czy matka karmiąca głoduje gdy ma dziecko ssące. Nie, nietoperze są zorganizowane. Gdy matka poczuje głód, gdy zaczyna brakować pokarmu, wtedy z pomocą przychodzi inna samica która w tym momencie nie ma dziecka do wykarmienia. Opiekuje się maleństwem, matka w tym czasie wylatuje pospiesznie na łowy. Jest niezwykle skuteczna. Podczas okresu lęgowego nietoperze wylatywały mi z częstotliwością (samice) około 5 minut lub częściej. W późniejszym okresie gdy gdy młode już same zaczęły penetrować najbliższy teren czas pozostawania na polowaniu się nieco wydłużał, aż w końcu gdy młode zaczęły polować same okres między wylotem i powrotem wydłużał się do 15 minut.

Było to właśnie późnym latem, gdy stałem i podziwiałem nietoperze, aparat co jakiś czas robił zdjęcie. Pomyślałem sobie przestawię nieco zestaw by mieć też inna perspektywę nalatujących nietoperzy. Ja oczywiście w kapeluszu. Zaświeciłem latarkę i biorę się za zmiany. Poprzestawiałem to i owo. Cisza wkoło, nawet wsiowe burki siedzą cicho, tylko wydra co jakiś czas się pluśnie za pstrągiem. Miałem uniesiona nieco głowę, światło latarki pada delikatnie na twarz. 15 20 cm od twarzy zatrzymuje się w locie karlik malutki. Młodziak jeszcze. Trzepocze skrzydełkami, a ja czuje ten delikatny ciepły powiew lekkiego smrodku. A on? Patrzy, to w jeden okular to w drugi. Zbliżył się, a ja dostaję już zeza. Odleciał, tuż nad głową. Niesamowite wrażenie, jeszcze nie ochłonąłem z wrażenia kiedy poczułem lekkie łup w głowę. Czuję że idzie coś. Złazi to to na przód głowy, kapelusz lekko się obsuwa na oczy. I jest, jest ciekawski. Czy to ten sam nietoperz nie wiem, ale schodzi niżej i pokazuje się jego maleńka główka zza rantu kapelusza. Wychylił się jeszcze bardziej, i skubany zagląda mi głęboko w oczy. Zerknął raz jeszcze i umknął w ciemność lasu, jakże ogromnego dla tak malutkiego stworzenia.

Tej samej nocy, następuje zdarzenie które wprawiło moje serce niemal o stan zawałowy.

Usłyszałem jak coś spadło, włączyłem latarkę i szukam. Jest, padam na kolana i wciskam palce między deski. Pod spodem płynie woda. Słyszę pisk matki karlika malutkiego i pisk jej dziecka. Tak, wiem czym to grozi. Grozi ugryzieniem. Ale im grozi utonięcie. Bo matka będzie walczyła do końca. Z początku matka wyszczerzyła swe malutkie ząbki. Gdy zobaczyła że ja ich nie chwytam tylko wyciągam głowę skierowała do maleństwa. Udało się wyciągnąłem. Dziecko od razu przylgnęło do matki. Oboje są na moich dłoniach. Unoszę je blisko szpary między deskami. Po krótkiej chwili oboje znikają za ścianą. Ta przygoda skończyła się dla nich dobrze. Niestety wiele z nich tonie, ginie w szponach sów. Taka jest przyroda.