Robert Bijas
Fotografia przyrodnicza
Koszatka
czwartek, 9 kwietnia 2020

Koszatka

 

To było wtedy kiedy już miałem jako tako ogarnięte popielice i orzesznice, teraz skupiłem się na koszatce. Nie, o popielicach nie zapomniałem. Zacząłem od lektury dostarczonej mi przez pracownika KUL. Po lekturze już wiedziałem że to będzie droga przez mękę.

Rozpocząłem od rozpoznania środowiska życia koszatek. Wiedziałem że zajmuje poziom niższy niż popielica i wyższy niż orzesznica. Las też już był inny niż w przypadku popielicy czy orzesznicy. Wytypowałem kilka miejsc, powiesiłem karmniki. Środowisko występowania koszatki to las mieszany z przewagą lasu jodłowego i świerkowego, gdzie świerki nie były dość dominujące ani dość wysokie. Codziennie jeździłem sprawdzać miejscówki. Nic. Zupełnie nic. Niektóre eliminowałem, część przeniosłem. Najczęściej były to ślady w postaci odchodów myszy. Mijały dni i tygodnie, miesiące. Upłynął rok. W tym czasie fotografowałem różne zwierzęta i ptaki. Ale nadal z uporem maniaka szukałem malutkiego zwierzaka z przepaską na oczach. Koszatka jest tylko troszkę większa od orzesznicy i też prowadzi nocny tryb życia i wbrew obiegowej opinii jest oportunistką. Zje owoce, chcrząszcze i inne owady, nie pogardzi pisklętami, czy malutkimi myszami. Tak, jak myszy założą gniazdo gdzieś gniazdo w jej pobliżu to młode mają duże zagrożenie życia. Dzieje się tak zazwyczaj gdy brakuje innego pokarmu. Świat przyrody nie jest czarno biały i taki oczywisty jak to stara się nam to przekazać.

Pracuję dalej, powoli zaczyna mi brakować sił i środków. Auto trzeba zatankować, naprawić. Fotograf też nie jest ze stali i też choruje. Znajomy badacz ssaków mówi mi, a weź przenieś wszystkie karmniki o 5 metrów. I znowu jazda. W niektórych lokalizacjach pojawiły się popielice. Więc zmieniłem znowu położenie karmnika. To już drugi rok poszukiwań. Okazało się że popielic mamy sporo. Kończy się drugi sezon. A ja dalej w przysłowiowym lesie. Dalej czytam. Wyznaczyłem na mapie teren zasięgu popielic. Ten teren wykluczam. Po zimie następuje wiosna.

Wiosna inna niż wszystkie, nie było stanu przejściowego. Od razu lato. Jest wręcz upalnie. To już będzie mój trzeci rok poszukiwań. Nie używałem żywo łapek bo nie mam stosownego zezwolenia ani nawet o to nie zabiegałem. Ja tylko zbieram materiał do książki. Pomagał mi wtedy kolega, a potem towarzyszył mi siostrzeniec.

„Z tyłu głowy” nie dawała mi spokoju myśl. „Wróć do pierwszej lokalizacji tylko przesuń karmnik nieco. Ta myśl nie dawała mi spokoju tak bardzo że nie doczekałem spokojnie ranka tylko wstałem, nawet bez kawy. Coś mnie pchało w to miejsce. Można nie uwierzyć, ale mi się takie rzeczy dość często zdarzają.

Jestem na skłonie pagóra, wstaje dzień. Scyzorykiem odcinam karmnik. Spoglądam do koła, widzę gałąź młodego drzewa. I jak w bajce, czuję że to tu ma być. Umieściłem karmnik w nowym miejscu. Zostawiłem ślad zapachowy i odrobinę jedzenia. W końcu koszatka to nie tucznik. Rozejrzałem się raz jeszcze i już wiedziałem gdzie postawić aparat i lampy.

Zadzwonił mój ulubiony badacz ssaków, Robert przyjeżdżamy za tydzień. To jak chcesz możesz się z nami zabrać. Super, oni pomogą mi, a ja im. W tym czasie dalej sprawdzałem karmniki. Powoli zacząłem je usuwać. Pod jednym z nich, tym, do którego mnie ciągnęło rozsypałem testowo pokarm. Przyjeżdżam, karma leży. W karmniku nie ma. Za to w karmniku są błyszczące odchody. Wącham, o nie śmierdzą jak mysie. Rozgniatam patyczkiem a one się dziwnie pokruszyły. Biorę szkło od makro i patrzę. Widać wyraźnie że w odchodach są chitynowe skorupki owadów. Coś mi zaświtało. Czyżby? Regularność obserwacji to podstawa każdego badacza odkrywcy, nawet amatora fotografa.

Już są studenci, doktor i doktorantka. Zadania przydzielone. Dostałem propozycje od doktorantki żeby pojechać zobaczyć powierzchnię badawczą na której powinny być koszatki. Nigdy tam nie byłem, więc byłem podekscytowany. Przemierzamy las i zarośla. Budka po budce. Pustynia. W jednej z budek znajdujemy przykry widok. Pięć zagryzionych jeszcze ślepych koszatek. Jest nam bardzo smutno. Idziemy dalej. W kolejnej budce popielica, ale w sąsiedniej jest.

Jest ONA. Koszatka. Śliczna, całkiem nowa. Tak śmieję się bo na przestrzeni lat naukowcy część tych pilchowatych wytatuowała. A tu nowa koszatka. Wścieknięta jak nie wiem co. Ważenie, mierzenie, czesanie. Jak by się na chwilę uspokoiła. Szybki tatuaż. Proszę przynieś mi gałązkę brzozową tylko niezbyt cienką, to Ci pokażę coś. Mówi do mnie badaczka. Ja mam aparat w dłoni zwarty i gotowy.
I zaczyna mi kobieta tłumaczyć. Każdy z pilchów (popielicowatych) ma na spodzie łapek opuszki czyli modzele dzięki którym poruszają się sprawnie poruszać na gałęziach. Koszatka sprawnie porusza się po grabach, bukach, jodłach i świerkach, ale zobacz co się dzieje na gałązce brzozowej. Jestem spięty do granic możliwości, wiem że to może się więcej nie powtórzyć. Stoimy tuż przy młodym buku bodajże. Koszatka zostaje wypuszczona na brzozową gałązkę, i? I się zsuwa. Biedaczka nie może się wspiąć. Rozgląda się bacznie dookoła i skacze na gałąź obok. Robię szybki ruch do przodu i robię zdjęcie. Tak zdjęcie w dzień to normalnie profanum, ale teraz już wiem jak wygląda zwierzak któremu poświęciłem tyle czasu, zdrowia i pieniędzy. Zwierzak zniknął momentalnie w listowiu. Wracamy, mam dokument. Jak już pojawiliśmy się w zasięgu telefonii komórkowej dzwoni doktor. Przyjedźcie na Bukową Górę. Ja poszedłem niżej do lasu chłopskiego. W karmniku nie ma karmy, dokładam pół łyżeczki. Nadchodzi doktor zresztą ludzi. Opowiadam że dziś powinienem tu zasiąść na koszatkę. Na co doktor, to ty tu siedź a my jak skończymy to tu się położymy i będziemy sobie patrzeć. Na tą zasiadkę wybrałem się

z siostrzeńcem 11 latkiem wtedy. Przybyliśmy tuż przed zachodem słońca, rozstawiliśmy sprzęt fotograficzny. Nastało długie czekanie, stałem, siedziałem, leżałem. Młody też się położył i zakrył się od wszędobylskich komarów. Czekaliśmy, było gorąco. Ciemność kompletna zapadła w lesie, zameldował się jak zwykle puszczyk, borsuk przebiegł szeleszcząc liśćmi, lis przebiegając zatrzymał się na sekundę zerkając w naszą stronę. Ciszę przerwał kwik wydzierający się z wielu dziczych gardzieli. Kwikanie, chrumkanie połączone z łamaniem gałezi spowodowało w lesie duży chaos i niepokój. Odwróciłem się ze szperaczem w stronę dzików. Światła jeszcze nie świeciłem. Gdy się pojawiły były jakieś dwadzieścia metrów ode mnie i siostrzeńca. Gdy zabłysło światło dziki zatrzymało niczym na ścianie. Młody podniósł głowę. Dziki w tym momencie miały dość,nagle zawróciły
i biegiem puściły się w dół pagóra. Znowu nastała cisza. Dochodziła dwudziesta druga. Już obaj staliśmy skupieni. W oddali słychać ludzi. To studenci z doktorem się zbliżają.

Gdzieś z mroków lasu po gałązkach tylko nieco grubszych od zapałki idzie ONA. Widzimy jak się zbliża. Jest bardzo ostrożna, każdy ruch ma sprawdzony, wciąż bardzo ostrożna widoczne to jest w momencie gdy stawia łapki na gałązkach. Skrada się. Pojawia się na w miarę otwartej gałązce. To ta co mi się tak podobała. Robię zdjęcie, młody też. Wzięła co chciała i zniknęła bezszelestnie. Czekamy parę minut i nic, cisza. Są już studenci. Rozłożyli się na ścieżce obok. Mamy jeszcze nadzieję. Pokazuję doktorowi fotki. Cieszymy się wszyscy po cichutku. Dalszego ciągu jakoś nie widzę. Mówię że to chyba koniec. Zdjąłem już lampy błyskowe, schowałem aparat swój do plecaka. Młody też już spakowany. Odwracam się do doktora i mówię – czuje jak coś na mnie patrzy. Doktor odpowiada to musi coś w tym być. Czuję jak młodziak opiera obiektyw na moim ramieniu i cyka zdjęcie. Rany, kiedy to dziecko złożyło sprzęt? Nastaje cisza. Młody z budyniem na twarzy pokazuje mi zdjęcia na wyświetlaczu. No ma, ma koszatkę. To była piękna przygoda. Tropienie i fotografowanie dzikich zwierząt. Bajka. Kocham to.