Robert Bijas
Fotografia przyrodnicza
Sarna
wtorek, 14 kwietnia 2020

Sarna

 

Pamiętam, jak z lubością chodziłem na pola Żurawnickie, po cichutku wychodziłem z lasu. Zatrzymywałem się na ścianie lasu i się rozglądałem. Widziałem takie nieduże zwierzęta kopytne. Takie miniatury jeleni. Zachwycały mnie swoja delikatnością budowy, a oczy skradły moje serce. Byłem zafascynowany tymi zwierzakami. Dużo razy byłem na „moich” polach, wiele razy je obserwowałem z ukrycia nie mając jeszcze aparatu fotograficznego, widziałem je w szacie zimowej, szarej płowej lub letniej żywej jasno brązowej wpadającej czasami w czerwienie. Myślałem sobie wtedy, jak one się maskują przed drapieżnikiem? Tu, najlepiej było zauważyć co znaczy stado. Będąc kruchej postury sarny chronią się wzajemnie wspólnie zerując, ale myliłby się ten kto by pomyślał że one wszystkie naraz jedzą. Nie, co najmniej jedna gryzie mniej intensywnie lub wcale. Rusza się jak pozostałe, pochyla się robi krok i nagle głowa w górę by się rozejrzeć. Pochyla głowę w dół by nagle ja wyrzucić w górę. Spłoszone, stroszą sierść na zadzie który robi się w tym momencie śnieżnobiały. Sarny szczekają. Tak sarny szczekają gdy zostaną spłoszone zaskoczone.

Szedłem lasem, ciemno jeszcze było, ale i do rydzowiska jeszcze kawałek. Chciałem być pierwszy bo ludzi tu zawsze był ogrom, normalnie jak po papier toaletowy. Przechodziłem obok takiej niedużej łączki, mijałem ją gdy nagle z boku usłyszałem głośne krótkie szczekanie i łamanie gałązek. W prześwitach drzew zobaczyłem głowę zwierzęcia. To był kozioł sarny, znaczy samiec. Zatrzymał się jak ja, na chwilę, zerknął do tyłu, na mnie i znowu szczeknął. Doszedłem na miejsce po drodze słysząc wielokrotnie szczeknięcia saren. Minęło kilka lat.

Wiedziałem już gdzie saren szukać i o której godzinie. Wiedziałem jaki typ lasu i łąki lubią. Fotografując na negatywach jeszcze, liczyłem każdą klatkę filmu. Miałem swoją ścieżkę którą przemierzałem z radością wiosną i latem później
i jesienią i zimą. Dolina Wieprza do tej pory wzbudza we mnie miłe wspomnienia

i nadal tam chodzę. To była moja Kanada i Alaska w jednym.

Był chłodny wiosenny poranek, gdy wychodziłem z lasu na łąkę ukwieconą kolorowym kwieciem, na odkrytych, nasłonecznionych miejscach słychać było

zewsząd bzyczenie owadów. Ciepły wiaterek znad łąki przynosił cudowne zapachy kwiatów, a z pobliskiego lasu, zapach żywicy. Tak bardzo ja lubię. Stąpam ostrożnie krok za krokiem, gdy coś usłyszałem z prawej strony. Widok przesłaniają mi gałęzie drzew i krzewów. Ostrożnie z zapartym tchem przesuwam się dalej.

Są, są sarny. Kozioł i koza. Idą powoli w moją stronę poskubując młode pędy. Na zmianę podrywają głowy by sprawdzić otoczenie. Wsuwam obiektyw między gałęzie i celuje moim Nikonem F80 do zwierząt. Czekam, gdyż obiektyw Tamrona 70-300 nie pozwala na zbyt wiele. Boję się je spłoszyć, a że w krzaka się wbiłem to i ruszyć się nie mogę, bo krzak zaraz się poruszy a one znikną. W końcu się doczekałem. Przykładam oko do wizjera i delikatnie naciskam spust. Jedno zdjęcie, drugie i trzecie. Dobrze, zostało mi jeszcze 33 klatki, jeden negatyw w plecaku. Dobrze, może podejdą bliżej. Nie podeszły, wiatr zmienił kierunek. Powiało ode mnie i tyle je widziałem. Moją wiedzę przyrodniczą pogłębiałem, a teren coraz bardziej poznawałem pod kątem występowania różnych zwierząt. W tym czasie byłem tam wielokrotnie. Znalazłem sobie miejsce jak ze snów, jak z filmów przyrodniczych. Wystarczyło tylko tam być. Nawet nie musiałem daleko iść, czy męczyć się na bagnie. Było super. Nadeszła era cyfrowa, mnie też nie ominęła, ale to stało się nieco później.

Wiosna przeszła w lato, to zaczęło zmieniać kolory i nastała jesień, a z nią rozpoczął się niezwykły spektakl przyrody. Rykowisko. Tak, dalej będzie o sarnach. W tamtym czasie jesień odznaczała się przymrozkami o świcie i w nocy. Ubrany odpowiednio wsiadłem na rower i ruszyłem pod Obrocz. Cały czas myślałem o jeleniach wychodzących na łąkę nad Wieprzem. Parę razy w zamyśleniu i po ciemku zjeżdżałem ze ścieżki, ale na szczęście drzewa posłużyły za podporę. Rower w krzaki, kilka gałęzi nań rzuconych i w drogę. Raptem sto metrów. Szedłem możliwie jak najciszej, ale zmarznięta trawa trzaskała pod stopami. Czy spłoszyłem, czy spłoszę, a z której strony zacznie wiać. Dylematów ogrom. Wcisnąłem się pod gałąź olchy, mała siateczka maskująca dopełniła maskowania. Ciemno jeszcze jest gdy słyszę w lesie naprzeciwko odgłos łamanych gałęzi. Serce zaczyna żwawiej bić a wyobraźnia już kreuje obrazy. Ale wyobraźnia w tym przypadku przegrała z rzeczywistością. Ziemia zadrżała lekko i już słychać było plusk wody w rzece, dość blisko. Nastała cisza, tylko gdzieś dalej słychać porykiwania jeleni. Koniuszki palców lekko przymarzają. Dziś, pierwszy raz w życiu ma ze sobą aparat cyfrowy. Szwagier pożyczył. Poczciwy Fuji S 5600, ileż mi radości sprawił. Na statywie Nikon F80 z Tamronem a na szyi cyfrówka. Z lasu wyłaniają się sarny, rozejrzały się i idą. Jest też między nimi maleństwo tegoroczne. Ciśnienie mi rośnie bo idą bezpośrednio na mnie. Sprawdzam kadr w lustrzance, nie jest dobrze, czasy poniżej 1/10s i mgła wykluczyły niestety lustrzankę. Chwytam za Fuji, ależ jest lekki, a ja dygotam. Wspieram aparat o Nikona i kadruję, czasy nie powalają, ale już da się coś robić. Więc robię kilka zdjęć, sarny uniosły głowy. Maleństwo już obrało kierunek na las. Stadko zaczęło dalej skubać trawę i podchodzić coraz bliżej. Robi się coraz jaśniej. Sarny znajdują się już naprawdę blisko. Ach, te ich migdałowe oczy. Nastąpiła rzecz niesłychana wręcz!

Cztery metry naprzeciwko mnie postanowiły się przeprawić przez rzekę. One mnie nie widziały. Chciałem to uchwycić w kadrze. Przeszkadzała mi gałązka olchy, chcąc ją nieco przesunąć trąciłem siatkę, a ta spadła odsłaniając mnie. Sarny odskoczyły do tyłu. Ja siedzę nieruchomo, zły na siebie. A trzeba było aparat w ręku trzymać. Stadko saren ruszyło po trawersie do mnie w lewo, moje lewo. Rzekę pokonały w dwóch susach, dziesięć metrów ode mnie. Bywa.

W to miejsce pod Obroczą przyjeżdżałem często.

Lato było gorące tego roku, kajakarzy ogrom. Pomyślałem więc że zrobię zasiadkę na coś. Co przyjdzie to będzie super. Miałem już Nikona D80 i Tamrona 200-500, ależ ja się cieszyłem tym sprzętem. Pozwalał na dużo więcej niż aparat na negatywy. Siadłem więc dumny i szczęśliwy pod wspomnianym drzewem zamaskowałem się. Sięgnąłem po coś do picia jak usłyszałem chlupotanie. Tu już wieczór się zbliża, a tu chlupotanie. Nie, to nie bóbr to wioślarz. Troszkę się zaniepokoiłem, nie powiem że nie byłem zdenerwowany, byłem. Uniosłem się nieco wypatrując człowieka. Pojawił mi się czub kajaka. Wsparłem się o drzewo i wstałem. Gość dopływa do mnie, fakt cicho płynął, ale zbliżył się do mojego brzegu i bałem się żeby w ciasnym miejscu nie pociągnął wiosłem po moim sprzęcie. Zwierza nie ma, to mówię do kolesia „Dzień dobry, proszę do drugiego brzegu”. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że źle zrobiłem. Kajakarz jęknął ze strachu zrobił się jeszcze bardziej czerwony na twarzy, jego ruchy nie były już takie precyzyjne. Wycisnął tylko z siebie, „człowieku ja mam chore serce”. Spytałem tylko czy wezwać pomoc, odrzekł że nie trzeba. Odpocznie sobie w cieniu i płynie dalej.

Siadłem więc zamaskowany na nowo. Słyszę pojedyncze bzzzziii. O już się obudziły łobuzy. Zaiste, komary wszczęły frontalny atak. Kuły wszędzie gdzie tylko znalazły odkrytą skórę. Ze względu na bliskość (możliwą bliskość) saren i innego zwierza nie pryskałem się niczym. Słońce zaczynało chylić się ku zachodowi zupełnie, cienie robiły się coraz dłuższe. W lesie już było słychać kroki zwierząt. Upał dał im się we znaki i teraz chciały ugasić pragnienie. Ściana lasu w tym miejscu obfitowała w liczne dołki z wodą oraz zakola meandrującego Wieprza.

Wyszła, smukła, zgrabna i dumna. Rozejrzała się, popatrzyła w prawo, w lewo. Popatrzyła się w moją stronę. Czy umknie? A może pójdzie skrajem lasu w lewo, albo w prawo. Nie, idzie w moim kierunku robię kilka zdjęć. Lecz nie cieszą mnie. Odchodzi w prawo, jej prawo. Kopie, kręci kółko w prawo, kręci kółko w lewo. Rozgląda się. Nie robię zdjęć, zafascynowany obserwuje wspaniałe zwierzę. Słońce swą tarczę schowało za siny las. Sarna położyła się, spogląda co chwile w moim kierunku i teraz robię zdjęcia. Między jednym a drugim mrugnięciem oka. Znużenie opada na „moją” sarnę. Oczy ma coraz dłużej zamknięte. Siedzę, ciemno się robi coraz bardziej. Sprzęt schowałem najciszej jak potrafiłem. Siatka została odcięta. Na czworakach z plecakiem na plecach podążam łąką pokrytą świeżą rosą do roweru. Wstaję z kolan, jestem mokry i szczęśliwy, jest mi dobrze. Jeszcze raz spoglądam na łączkę z „moją” sarną. Widzę jasną plamę jej sierści. Śpi. Pcham rower pod górę po piaszczystej drodze.

Zrobiłem wiele lepszych zdjęć saren, ale to jest najmilsze memu sercu.