Od lat pasjonuje się nietoperzami. Ssakami które nabyły owej zdolności aktywnego lotu. Z jednej strony ssak, a z drugiej ptak. Mam szczęście obserwować te zadziwiające zwierzęta. Staram się je fotografować i filmować. Niestety wychodzi mi to z różnym skutkiem. Na pewno tego tematu nie zarzucę. W mojej ostatniej książce opisuję kilkanaście gatunków tych stworów.
WIĘCEJ >
Dawno mnie tu nie było. Rzeka bardzo się zmieniła, pojawiło się wiele powalonych drzew w korycie rzeki. Nie wpłynłęo to niekorzystnie na fotografie. Wręcz przeciwnie, nadały te kłody powagi rzece i pewnej grozy. Warto tam pojechać, ale poza weekendem.
WIĘCEJ >
Świt dziś nie był spektakularny w "moim" lesie. Było nadzwyczaj spokojnie. Ptaki, zwłaszcza kukułka tak się uruchomiła że zdawać by się mogło że jest wszędzie. Sikory, śpiewaki, no i dzięcioły te ostatnie to dały popis koncertowo. Zwłaszcza dzięcioł czarny był nadzwyczaj ruchliwy i głośny. Wszędzie go było pełno. W końcu zawitał na drzewo pod którym siedziałem. O zgrozo! Jak on zaczął walić w to drzewo swym wielkim dziobem aż poczułem na plecach drżenie. Po chwili przed obiektyw zawitał na krótko ptak na długich nogach, samotnik jak mniemam. Bo sam był? Był sam. Krótka to była wizyta. Turkus wpadł coś zjeść, znaczy zimorodek. Lecz tu płyciutko okropnie. Starał się bardzo biedaczek lecz nawet ciernika nie upolował. Otrzepał się spektakularnie i zniknął. Wiem gdzie. Na koniec zawitała do mnie samica jastrzębia, ta ledwie wylądowała i już poderwała się do lotu. Wymarzonych saren i jeleni nie doczekałem się. Może kiedyś trafią przed mój obiektyw.
WIĘCEJ >
Poniatowa. Miasto pośród drzew i wody.
Rzadko w życiu się zdarza że jakieś miejsce tak człowieka zauroczy. Droga ze Zwierzyńca do Poniatowej jest długa i kręta, za to wiedzie przez urokliwe zakątki naszego pięknego kraju. Rzadko jechaliśmy tą samą drogą w obie strony. Smakowaliśmy lubelskie, smakowaliśmy krajobraz rolniczy, sadowniczy. Czuliśmy życie. Za każdym razem kiedy mieliśmy jechać, czy to o 1,30 w nocy, czy to nocne filmowanie, to zawsze z radością tam jechaliśmy. Czy fotografie odzwierciedlają mój zachwyt tym miejscem? Nie wiem. Nie mnie to oceniać. Wiem jedno. Z przyjemnością tam powrócę.
WIĘCEJ >
Od znajomej dostałem informację i bardzo zachęcające fotografie. Tak, fotografie łasicy. Pojechałem na obserwację na zbiornik niezbyt odległy. Osiedziałem się co nie miara, i rozmawiając z fotografami. Zrobiliśmy mnóstwo zdjęć mniej lub bardziej udanych. Były to tylko fotografie ptaków, a w głowie miałem tylko ją. Małą zwinną zwierzynę o fenomenalnych zdolnościach łowieckich. W końcu dałem sobie spokój w tym dniu. Na drugi dzień zaplanowałem zasiadkę już dużo wcześniej i bardziej uważną. Gdy nadzieja po 3 godzinach oczekiwania zaczęła ginąć, pojawiła się ona, a właściwie On łasic, samiec łasicy. Moje wyobrażenie boleśnie zdeżyło się z rzeczywistością. Jakież to szybkie cholerstwo. Pierwsze zdjęcie i dupa, dosłownie i w przenośni. Nim ustawiłem kadr już tylko ogon z przyległościami miałem na zdjęciu. Porażka. Czas leci, a ja bez foty sensownej. W końcu, udało mi sie ja złowić w kadrze, ale czy jestem zadowolony z efektów? Oczywiście nie. Myślę że poradzę sobie gdy znam "zasady walki."
WIĘCEJ >
Pewnego razu na nie do końca dzikim wschodzie Polski. Jak to zwykł nazywać mój szanowny kolega Puchu przed Wami. Puchu bez uszu i z uszami.
WIĘCEJ >
Było późne popołudnie, nadzwyczaj słonecznego września. Temperatura tego dnia była bardzo przyjemna do zasiadki pod baldachimem rozłożystej dużej jodły. Nic nie zapowiadało tego co miało nastąpić kilka godzin później. Jelenie były w szczycie swojej godowej aktywności. Ich ryki rozlegały się na wszystkie strony świata. Powietrze aż drżało od ich miłosnych wyznań. Lecz, to nie jelenie szlachetne były naszym fotograficznym celem. Naszym obiektem fotograficznym było stworzenie "milion" razy mniejsze.
WIĘCEJ >
Gdy uczyłem się fotografii taki widok był codziennością w fotografii czarnobiałej. Gdy pojawiła się fotografia kolorowa to na negatywach widać było kolory inne niż rzeczywiste. Zieleń trawy była fioletowa. By uzyskać pozytyw trzeba było sie natrudzić by powiększenie na papierze było jak najbardziej zbliżone do realnych kolorów. Zapraszam.
WIĘCEJ >
Pijąc kawę niespiesznie, przesuwałem obiektyw od krańca do krańca. Okna oczywiście. No bo gdzieżby w taka pogodę nos wyściubiać z domu. Psa bym nie wygonił, a tu drobiazgi się drą i przelatują jakby co je napastowało z góry. One tak mają, boja się wszystkiego i na wszelki wypadek, ale to pozwala przeżyć stworkom o wadze łyżeczki cukru. Towarzystwo było ruchliwe i kolorowe niebywale od żółtych piórek sikor, czerwonego śliniaczka tego twardziela rudzika po jasno bordowy strojnego samca (wszak wiosna jest weselem) zięby i zielenie i żółcie czyży. Widzę jak siadają na patyczku, jak siadają w karmniku i szukają jak na suto zastawionym stole. Gdy lądują na ziemi to nawet na trawie pokrytej śniegiem trudno je dostrzec. Dziś jednak zbaraniałem nieco gdy przez wizjer ukochanego aparatu zobaczyłem ptaszka maleńkiego, ale co to? Samczyk zięby garniturek postradał czy o co chodzi. A dziobek taki drobniutki, jak on tym je? Ale przecież rudzik też taki dzióbek ma drobniutki. Sięgam po przewodnik po naszemu pisany z ziębą na okładce, Tylko nie wiem dlaczego okładki taki kolor żałobny mają, gdy ptactwo i natura kolorami stoją. Zerkam szybko na spis treści, bo przypuszczenie miałem Ci ja. Sprawdzam co jest na stronie 274, tak i moje podejrzenie się sprawdziło. Mój karmnik odwiedziła Pokrzywnica. Cieszę się bardzo bo to dla mnie nowy gatunek, płochliwy okrutnie.
WIĘCEJ >
Pamiętam jak dziś. Na pewnym pagórze roztoczańskim siedziałem w ukryciu, czekając na sarny, jelenie, w ogóle na to, co wyjdzie. Po sąsiedzku siedział kolega. W pewnym momencie szepcze mi: „Panie Robercie (tak ma do dziś), zając po lewej”. Przyłożyłem oko do wizjera, no daleko jak na 70-300 Tamrona. Pytam się kolegę: „Idziesz?” „Nie, bo ucieknie”. „Ja spróbuję”- powiedziałem. Ciepłe zachodzące słońce już delikatnie kładło się na szczyty drzew, a przy tym jak cudownie pachniało żywicą. Delikatnie się położyłem na trawie, która prawie mnie całego skrywała. Słońce ogrzewało mi plecy. O, jakże to przyjemne, gdy po wyjściu z zimnego cienia robi się ciepło! Co jakiś czas unosiłem nieco głowę ponad trawę, by zobaczyć kicaja. Odległość była znaczna, zaczynałem się męczyć. Zobaczyłem uszy, dwa. Sunę niczym zdradziecki serpens, z tą różnicą, że moje polowanie kończy się najwyżej długim susem zwierzaka w las. Za daleko, więc jeszcze troszkę. O! Już go widzę całego, jeszcze troszkę tylko. Dobrze by zrobić fotę na powitanie. Podsunąłem się nieco dalej. Fajnie, że nie uciekłeś zającu. Wysuwam lewą rękę i unoszę przedramię powolutku, by te wielkie oczy nie dostrzegły ruchu. Położyłem obiektyw na lewej dłoni i przymierzam się do robienia zdjęć. Oko do wizjera, a tam widzę dwie pary uszu. Ucieszyłem się bardzo. Poprawka parametrów, ale kto mi ustabilizuje rękę drżącą. Poprawiam parametry, unoszę się nieco, bo trawka mi przeszkadza. I, wielki sus zająca w las głęboki. Parę słów cisnęło mi się na język, ale się powstrzymałem. Ale, ale! Drugi zając siedzi i skubie leniwie zieloności wszelakie. Wtedy zrobiłem jedno zdjęcie, po chwili drugie. Gdy mój obiekt westchnień, stwierdziwszy, że to zielone z dużym okiem jest niegroźne, dalej skubał trawkę, a to koniczynkę. Doczołgałem się jeszcze troszkę i wtedy zrobiłem jeszcze kilka zdjęć. Dla zająca było to za wiele. Spokojnie pokucał wzdłuż ściany lasu.
WIĘCEJ >









